Posted by Bolacha | Posted in 2011 | Posted on 13-04-2011
Tags: buzios, Cabo Frio, Rio das Outras, Teresopolis
Siódmy tydzień
Ostatni tydzień podróży przemknął jak galopujący rumak tak, że nie zdążyłam się przygotować do powrotu do Polski. Za dużo miejsc chcieliśmy odwiedzić w tak krótkim czasie.
Najpierw przeżyliśmy gwałtowne zmiany temperatur. Wylecieliśmy z Salvadoru przy temperaturze 38 stopni, po 2 godzinach w Rio de Janeiro 27 stopni, czyli idealnie, nie za gorąco, nie za zimno. Potem przesiadka w autobus i po 2 godzinach wysiadamy w Teresopolis, a tam 16 stopni. Taka temperatura w lecie w Brazylii to jakaś pomyłka i do tego nieustanna mżawka, podobno już od tygodnia. Włożyliśmy bluzy i ruszyliśmy szukać noclegu. Wyglądaliśmy jak przybysze z gorącego kraju, bo inni przemierzali ulice w koszulkach, a my w bluzach. Kto by pomyślał, że pochodzę z kraju, w którym o tej porze roku wzrost temperatury do 10 stopni świadczy o tym, że się robi ciepło.
Teresopolis jest rodzinnym miastem Felipe. Po raz pierwszy zatem chodziłam za nim posłusznie jak potulna owieczka i nie mogłam się połapać w jakiej części miasta się znajduję. Natknęliśmy się na paru jego znajomych i wypiliśmy najlepszy w moim życiu sok z Achai.
Zazwyczaj, kiedy chmury nie zasłaniają wszystkiego, jest to piękne górskie miasto, nad którym widnieje szczyt zwany Palcem Boga. Jest dobrze zorganizowane, czyste i nowoczesne. Mnie tych pięknych gór nie było dane zobaczyć, bo niebo cały czas łkało, a chmury zasłaniały wszystko, co było do zasłonięcia. Wreszcie zmarznięci, po zaledwie jednym dniu pobytu tam postanowiliśmy wracać nad morze, aby wygrzać kości przed powrotem do zmrożonej Polski.
Za każdym razem, kiedy opuszczam stan Bahia, w obrębie którego leży Salvador i znajdę się w innej części tego ogromnego kraju ogarnia mnie zwątpienie, czy ciągle jestem w tym samym państwie. Wszystko bowiem rządzi się tu innymi prawami, jest bardziej uporządkowane, czystsze, może trochę bliższe Europie. Jednak jak do tej pory tylko w Bahia czułam tak ogromne Axe.
Ruszyliśmy dalej do Rio das Outras, następnie do Cabo Frio, a ostatnie dwa dni spędziliśmy w Buziom. Wszystkie są nadmorskimi kurortami – czystymi, uporządkowanymi, dobrze zorganizowanymi. Łaziliśmy zatem po plażach i w mega szybkim tempie zwiedzaliśmy miasteczka. Buziom to jeden z najbardziej znanych kurortów nadmorskich. Miałam wrażenie, że pracuje tam więcej Portugalczyków niż Brazylijczyków, bo często mocno zastanawiałam się, czy ja aby na pewno znam portugalski. Życie tętni tu cały rok zarówno na plażach jak i wieczorami w centrum pełnym niesamowitych restauracji i hoteli. Chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć w krótkim czasie, wypożyczyliśmy więc zieloną „ropuchę”, czyli mały samochód w przepięknym zielonym kolorze. Ja zostawiłam swoje prawo jazdy w Polsce, a Felipe nie ma w ogóle. Pan w wypożyczalni popatrzył na nas uważnie i stwierdził, że musimy dopłacić 30 reali na wypadek, gdyby trzeba było samochód wykupić od policji. Odjechaliśmy więc zieloną ropuszką zdobywać plaże. Prowadził Felipe, bo skoro i tak żadne z nas nie ma w Brazylii prawa jazdy to już lepiej, żeby przypominał sobie kierowanie pojazdem tutaj, niż w Polsce na naszej Pomarańczce.
Wieczór spędziliśmy przy muzyce na żywo, integrując się z napotkanymi Włochami, którzy porozumiewali się tylko we własnym języku – nam zupełnie obcym.
Wreszcie trzeba było wsiadać w samolot. Tym razem pożegnanie z Brazylią nie było takie straszne, skoro znamy już datę powrotu. Może ziści się moje marzenie, aby mieć dwa domy, żyć trochę tu i trochę tam i aby z każdego miejsca czerpać to co najlepsze.
Każdy taki wyjazd do Brazylii otwiera mi oczy, sprawia, że patrzę na wszystko z większym dystansem, uczę się oddzielać sprawy ważne od nieważnych i doceniać to, co mam, skłania do przemyśleń i podsuwa coraz to nowe pomysły. Zobaczyłam jak bardzo my Polacy jesteśmy ograniczeni, jak wiele nakładamy sobie barier, jacy jesteśmy zblokowani. Wynika to pewnie z historii, sposobu wychowania, warunków gospodarczych. Tylko czy musimy się temu poddawać? Czy nie lepiej zacząć uczyć się bycia szczęśliwym, bardziej otwartym, mniej narzekać i zrozumieć, że dostajemy w życiu to, do czego dążymy, że to my jesteśmy kowalami własnego losu…
Mamy tyle i jesteśmy nieszczęśliwym narodem, a niektórzy mają tak mało i potrafią cieszyć się z każdej pierdoły!
Posted by Tempestade | Posted in 2011, GALLERY | Posted on 21-03-2011
Tags: bahia, CHAPADA DIAMANTINA
Posted by Bolacha | Posted in 2011 | Posted on 20-03-2011
Tags: bahia, Capao, CHAPADA DIAMANTINA, Fumaca, Morro do Pai Inacio
Szósty tydzień
CHAPADA DIAMANTINA
Żeby odpocząć od tego chaosu panującego w Salvadorze postanowiliśmy uciec za miasto. Jak na odległości panujące w tym kraju nie pojechaliśmy daleko. 6 godzin w autobusie i wysiadamy w Lencois, skąd organizowane są wyprawy do przepięknej krainy zwanej Chapada Diamantina. Wszyscy zalecają poruszanie się z „guia” czyli przewodnikiem. Najlepiej udać się bezpośrednio do takiego człowieka, omijając biuro turystyczne, tutaj bowiem minimalny koszt jednodniowej wyprawy od osoby wynosi 80 reali, a u takiego guia zawsze można się targować. Nam udało się zejść z ceny o 50%, jednak tylko jednego dnia skorzystaliśmy z jego usług. Mam wrażenie, że tu w Brazylii nie można dostać map szlaków górskich tylko po to, żeby tacy przewodnicy mogli zarobić. Szlaki nie są w ogóle oznaczone, więc łatwo pobłądzić.
Naszej wyprawie nieustannie przeszkadzał deszcz. Pierwszego dnia ulewa przegoniła nas znad jeziora i uniemożliwiła obejrzenie niebieskiej groty. Za to po wspięciu się na Morro do Pai Inacio mogliśmy obserwować zawieszone w oddali chmury. Ulewa dotarła do nas w nocy, była ogromna i trwała ponad godzinę. Deszcz walił z tak wielką siłą, że krople wpadały między dachówki i spadały na nasze łóżko. Między godziną 2 i 3 w nocy leżałam w mokrym łóżku, zastanawiając się jak ludzie mogą w taki sposób konstruować dachy, aby w całym mieszkaniu mżyło. Potem okazało się, że jest to najpopularniejsze w okolicy pokrycie dachowe i rano na ulicach widzieliśmy suszące się sofy, materace i dywany.
Po dwóch dniach udaliśmy się do Capao, chyba ulubionego miejsca hipisów. Życie płynie tu wolniej niż w innych częściach Brazylii, czyli żółwim tempem. Tutaj można już znaleźć przewodników w sensownej cenie i wybrać się samemu nad wodospad Fumaca. Widok zapiera dech w piersiach, a podejście jest spokojne. Przez te ulewne deszcze nawiedzające ostatnio okolicę musieliśmy parę razy przedzierać się przez wodę i skończyło się tym, że drogę powrotną pokonywaliśmy boso. Pierwszy raz tak chodziłam po górach, co na moich stopach jest widoczne do tej pory.
Podczas wyprawy do wodospadu szliśmy po czyichś śladach. Wkrótce natknęliśmy się na dwóch mężczyzn. Spytali nas czy znamy inny szlak, bo ten jest niewłaściwy. Zaczęliśmy razem szukać innej drogi i nawet sprawnie nam to poszło. Nowa znajomość zakończyła się wieczorem w barze przy sporej ilości piw i porcji tutejszej „cachasa”. Potem ten z Brazylijczyków, który wydawał się bardziej pijany wsiadł do samochodu i pojechał w kierunku miasteczka oddalonego o 40km, gdzie miał nocleg. Jednak najbardziej interesująca okazała się ich praca. Zajmują się oni bowiem wyłapywaniem, zabijaniem i zabezpieczaniem płazów i gadów jako okazów dla muzeów i uniwersytetów. Dowiedzieliśmy się od nich w jaki sposób poluje się na ropuchy, jaszczurki, węże i inne małe stworzenia. Wyobraźcie sobie siedzieć miesiąc w środku Amazonii, aby wyłapać na zamówienie 7 tys. różnych stworzeń.
Tydzień piąty cz. 2
Wrażenia z karnawału? Najlepiej NO MEIO DO POVU w tłumie rozbawionych ludzi, kiedy ten śpiew i taniec ogarniają cię z każdej strony i poruszają całym twoim ciałem, a głośniki są na tyle blisko, że w twoim wnętrzu bije nie jedno serce, ale wiele basów. Nie umiem tego opisać, ale to moje miejsce. Buzia mi się śmieje od ucha do ucha, muzyka wprawia mnie w trans i ciągle mi mało. Siedząc w domu i oglądając karnawał w telewizji tonęłam we łzach, że właśnie w tym momencie nie ma mnie tam, gdzie ta szalona zabawa.
Szkoły i część sklepów są w tym czasie zamknięte. Na przystankach autobusowych po zmroku robi się tłoczno. Niektóre autobusy nawet się nie zatrzymują, bo nie ma szans, aby w ten tłum wcisnąć igłę, a co dopiero kolejnego pasażera. Prawie wszystkie autobusy jadą w tym samym kierunku. W pobliżu tras karnawału tworzą się korki.
Wszędzie można kupić piwo. W tym roku zrobiono promocję: jedna mała puszka kosztuje 1,5 reala, 4 puszki to 5 reali. 330 ml a i tak zdąży się nagrzać, zanim się je wypije, ale nikomu to nie przeszkadza. Ogromne ilości tego złotego napoju wypijane są każdego dnia. Puste puszki rzucane na ulice szybko znikają, zbierają je w worki dzieci, dorośli i kobiety w ciąży.
W ciągu dnia trasy karnawału nie są tak bardzo zatłoczone. Turystka taka jak ja, nie mająca przy sobie nic, oprócz drobnych pieniędzy pochowanych po kieszeniach, może się czuć w miarę swobodnie, tańczyć z ludźmi na ulicy i się świetnie bawić. Po zmroku to już co innego. Wtedy bezpiecznie czuję się już tylko w bardzo, bardzo bliskim towarzystwie Felipe. Gdy tylko tracę go z zasięgu rąk, zaczynam czuć na sobie te pożądliwe spojrzenia, których nie cierpię.
„Carnavau” niesie też z sobą wiele negatywnych wrażeń. Nigdy więcej moja goła stopa nie stanie na plaży Barra po tym jak zobaczyłam ją o 2 w nocy pełną śmieci i sikających ludzi. Każdego dnia ma się wrażenie, że te miejsca Salvadoru, w których trwa zabawa są coraz bardziej śmierdzące moczem i brudne. Łatwo w tym tłumie o bijatykę i kradzież, najlepiej więc nie mieć przy sobie niczego cennego. Wiem to, bo wyrwano mi z ręki aparat, czego Felipe nie może przeboleć. Była w tym i moja wina, bo chyba zbyt swobodnie się tam czułam i robiłam zdjęcia tam, gdzie nie powinnam, a za własną głupotę trzeba płacić.
Mimo jednak tych wszystkich minusów karnawał w Salvadorze zamierzam jeszcze wielokrotnie powtórzyć. Ja, dla niektórych taka nieimprezująca, nie umiałam ustać w miejscu, aby ciało samo nie balansowało, nie mogłam przestać się śmiać. Nie wiem, co mną tak poruszało, czy ta muzyka, czy raczej ta wielka skumulowana energia od ludzi w koło. Z utęsknieniem będę czekać na kolejny karnawał w Salvadorze i następnym razem na pewno lepiej się przygotuję, aby znacznie więcej szalonych godzin spędzić NO MEIO DO POVU.

